— Oto najpierw — mówił Anglik, wyciągając plik papierów z kieszeni — przelew na dwieście tysięcy franków, dokonany przez pana de Boville, inspektora więzień. Czy pan przyznajesz, żeś winien tę sumę panu de Boville?
— Tak. Umieścił ją u mnie na cztery i pół procent, niemal pięć lat temu.
— I masz pan spłacić tę sumę?...
— Połowę piętnastego tego miesiąca, a drugą połowę za miesiąc.
— Tak właśnie. A oto znowu trzydzieści dwa tysiące pięćset franków płatne do końca miesiąca; są to weksle podpisane przez pana, które wykupiliśmy od osób trzecich.
— Tak, zgadza się — potwierdził Morrel, rumieniąc się ze wstydu na myśl, że po raz pierwszy w życiu nie będzie mógł zapewne honorować swojego podpisu. — Czy to już wszystko?
— Nie, jeszcze nie; mam ponadto te oto weksle, płatne do końca następnego miesiąca, które nam przekazała firma Pascal oraz Wild i Turner z Marsylii, chyba z pięćdziesiąt pięć tysięcy franków. A ogółem wypada dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy pięćset franków.
Niepodobna opisać, co cierpiał nieszczęsny Morrel w czasie tego wyliczania.
— Dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy pięćset franków — powtórzył machinalnie.
— Tak, łaskawy panie — odpowiedział Anglik. — Owóż — dodał po chwili milczenia nie będę przed panem ukrywał, że — choć nikt nie przeczy pańskiej nieposzlakowanej do tej pory uczciwości — w Marsylii mówi się głośno, że jesteś pan bliski bankructwa.