Powszechny pomruk uznania dowodził, że opowiadający nie dość, że opisał wiernie wypadek, to jeszcze ubrał to w malownicze szczegóły.
— Dobrze, moi kochani — rzekł pan Morrel. — Zacni z was ludzie, a ja wiedziałem zawczasu, że za to nieszczęście można obwiniać tylko przeznaczenie. To wola Boża, a nie wina ludzi. Poddajmy się z pokorą tej woli. Teraz powiedzcie mi, ile wam jestem winien?
— Ii, nie gadajmy już o tym, panie Morrel.
— Owszem, pogadajmy — rzekł bankier ze smutnym uśmiechem.
— No to, jak tak, to należy nam się za trzy miesiące — odrzekł Penelon.
— Koklesie, wypłać po dwieście franków tym dzielnym ludziom. W innym czasie, kochani, dałbym wam jeszcze dwieście franków premii; ale niestety źle się dzieje i to, co zostało, nie należy już do mnie; wybaczcie mi więc i kochajcie mnie nadal.
Penelonowi zmarszczyła się twarz, co miało oznaczać wzruszenie; odwrócił się do towarzyszy, rozmówił się z nimi krótko i wrócił.
— Co do tych tam, panie Morrel — rzekł, przenosząc znowu prymkę i plując do przedpokoju — co do tych tam...
— Co do czego?
— No, co do tych pieniędzy...