— A więc?

— Ehm, panie Morrel, koledzy mówią, że na ten raz to im wystarczy po pięćdziesiąt franków, a na resztę poczekają.

— Dzięki, kochani! — zawołał pan Morrel wzruszony do głębi. — Macie dobre serca, ale bierzcie, bierzcie te pieniądze; a jeśli nadarzy się wam jaka dobra praca, jesteście wolni.

Ostatnie słowa jakby poraziły poczciwych majtków; spojrzeli po sobie wystraszeni; Penelonowi tchu zabrakło i mało co nie połknął prymki; szczęściem zdążył walnąć się w grdykę.

— Jak to, panie Morrel, jak to! — zawołał zdławionym głosem. — Odprawiasz nas pan? To jest pan z nas niekontent?

— Broń Boże — rzekł armator. — Nie, moje dzieci, jestem z was bardzo zadowolony; wcale was nie odprawiam. Ale co chcecie, nie mam już statków, więc nie potrzebuję marynarzy.

— Jak to, nie masz pan statków? — zawołał Penelon. — To każesz pan zbudować inne, a my poczekamy. Bogu dzięki, wiemy, co to znaczy siedzieć i nic nie robić.

— Ale ja nie mam za co zbudować innego statku, mój poczciwy Penelonie — rzekł Morrel ze smutnym uśmiechem. — Trudno więc, żebym przyjął waszą propozycję, choć bardzo jest szlachetna.

— No, to jeśli pan nie masz pieniędzy, po cóż nam płacisz? Pójdziemy sobie, licząc na łut szczęścia.

— No, dajcież pokój, dzieci — rzekł Morrel, tłumiąc wzruszenie. — Dajcie już pokój, proszę was. Poczekajmy na lepsze czasy, może się kiedy jeszcze spotkamy. Emanuelu, idź z nimi i dopilnuj, aby spełniono moje życzenie.