— Ale panie Morrel, to zobaczymy się jeszcze — czy tak? — zapytał Penelon.
— Tak, kochani, mam taką nadzieję. Bądźcie zdrowi.
Dał znak Koklesowi, i Kokles wyszedł razem z marynarzami i Emanuelem.
— Zostawcie mnie teraz na chwilę samego, muszę porozmawiać z tym panem — rzekł Morrel do żony i córki.
I wskazał oczyma agenta firmy Thomson i French, który stał w kącie nieruchomo przez całą tę scenę, wtrącając zaledwie kilka słów, któreśmy wyżej przytoczyli. Kobiety, które całkiem zapomniały o cudzoziemcu, podniosły nań oczy, po czym odeszły; Julia spojrzała nań, wychodząc, błagalnym wzrokiem, na co cudzoziemiec odpowiedział uśmiechem tak ciepłym, że zadziwiłby on każdego, kto by uważnie się przyglądał lodowatemu obliczu nieznajomego.
Mężczyźni zostali sami.
— No cóż, widział pan i słyszał wszystko — rzekł pan Morrel, opadając na krzesło. — Nic już więcej nie potrzebuję panu tłumaczyć.
— A tak, zobaczyłem — odparł Anglik — że dotknęło pana nowe nieszczęście, równie niezasłużone jak poprzednie; to mnie utwierdza w chęci uczynienia panu przysługi.
— O, drogi panie! — wyszeptał Morrel.
— Jestem teraz głównym pana wierzycielem, czy tak?