— No to dobrze, przepiszże pan wszystkie te weksle z terminem 5 września; piątego września o godzinie jedenastej — wskazówka zegara wskazywała właśnie jedenastą — stawię się u pana.

— Będę na pana czekać — odparł Morrel — i albo otrzymasz pan pieniądze, albo zginę.

Ostatnie słowa wymówił tak cicho, że cudzoziemiec nie mógł ich dosłyszeć.

Wystawiono nowe weksle; dawne zniszczono; tym sposobem nieszczęśliwemu armatorowi zostało trzy miesiące na zgromadzenie wszystkich swoich środków.

Anglik wysłuchał podziękowań z flegmą, właściwą swemu narodowi, i wyszedł, odprowadzany przez Morrela, który obsypywał go błogosławieństwami.

Na schodach spotkał Julię. Dziewczyna udawała, że schodzi na dół, gdy tak naprawdę czekała tu na niego.

— Och, proszę pana! — rzekła, składając ręce.

— Pani — rzekł cudzoziemiec. — Pewnego dnia dostanie pani list z podpisem... Sindbad Żeglarz... Wypełnij co do joty wszystkie polecenia zawarte w tym liście, choćby ci się wydawały dziwne.

— Dobrze, proszę pana — odpowiedziała Julia.

— Przyrzeka mi pani, że zrobi to wszystko?