— Czy masz mi, ojcze, coś jeszcze do powiedzenia? — spytał Maksymilian zmienionym przez wzruszenie głosem.
— Tak, synu. Mam dla ciebie święte polecenie.
— Mów ojcze, mów!
— Firma Thomson i French jest jedyną, która — przez ludzkość czy przez egoizm (ale nie do mnie należy czytać w sercach) — ulitowała się nade mną. Jej wysłannik, który za dziesięć minut przybędzie tu, aby zrealizować weksel na dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy franków, przyznał mi — o nie! ofiarował mi sam trzy miesiące zwłoki; niech ta firma, synu, będzie spłacona jako pierwsza; a tego człowieka przyjmij z największym szacunkiem.
— Dobrze, ojcze.
— A teraz żegnaj raz jeszcze — rzekł Morrel. — Idź, chcę być sam; testament znajdziesz w sekretarzyku, w mojej sypialni.
Młodzieniec stał w miejscu, jak gdyby brakło mu siły, by wykonać wolę ojca.
— Słuchaj, Maksymilianie — rzekł ojciec. — Przypuśćmy, że jestem żołnierzem, jak ty, i że otrzymałem rozkaz zdobyć szturmem szaniec; wiesz, że ta wyprawa będzie mnie kosztować życie; i czy wtedy nie powiedziałbyś mi tego, coś już mówił przed chwilą: „Idź, mój ojcze, bo okryjesz się hańbą, jeżeli zostaniesz, a śmierć jest lepsza od hańby”.
— Tak, tak! — wyszeptał młodzieniec, a ściskając kurczowo ojca, dodał: — Idź, ojcze.
I wybiegł z gabinetu.