Gdy Maksymilian zniknął, Morrel stał jakiś czas nieruchomo, wpatrując się we drzwi; potem wyciągnął rękę, znalazł, nie patrząc, sznurek dzwonka i zadzwonił.
Po chwili przyszedł Kokles.
Nie był to już ten sam człowiek; trzy dni, w których już był przekonany o nieszczęściu, zupełnie go strawiły. Myśl: „dom Morrel i Syn zawiesza wypłaty”, przygięła go bardziej do ziemi, niż by to zrobiło dodatkowych dwadzieścia lat życia.
— Mój dobry Koklesie — rzekł Morrel, a tonu jego głosu niepodobna byłoby opisać. — Stań tutaj w przedpokoju. Jak tylko przyjdzie ten pan, który już tu był przed trzema miesiącami, no wiesz, wysłannik firmy Thomson i French, zameldujesz mi go zaraz.
Kokles nie odpowiedział; skinął głową, usiadł w przedpokoju i czekał.
Morrel opadł na krzesło; przeniósł wzrok na zegar: zostało mu, ot — siedem minut; wskazówka posuwała się naprzód z niepojętą szybkością, zdawało mu się, że widzi jej ruch.
Niepodobna wyrazić, co się działo w owej ostatniej chwili w duszy tego człowieka, który nie był jeszcze stary, a miał rozstać się ze wszystkim, co kochał na ziemi, i skończyć z życiem, które tyle jeszcze miało dlań radości, jakich doznaje się, przebywając wśród najbliższych... Aby wyobrazić sobie, co przeżywał, trzeba byłoby widzieć tę twarz pełną rezygnacji, to czoło zroszone potem i te oczy mokre od łez, a jednak wciąż wzniesione ku niebu.
Wskazówka posuwała się ciągle, pistolety były już nabite; wyciągnął rękę, wziął jeden i wyszepnął imię swej córki.
Odłożył z powrotem broń, wziął pióro i napisał kilka słów. Zdawało mu się, że nie pożegnał wystarczająco ukochanego dziecka.
Następnie spojrzał na zegar; nie liczył już życia na minuty, lecz na sekundy.