Wziął znowu broń i z rozchylonymi ustami patrzył na wskazówkę; wzdrygnął się, usłyszawszy trzask odwodzonego kurka.

W tej chwili pot jeszcze zimniejszy zrosił mu czoło, jeszcze większa trwoga ścisnęła serce.

Usłyszał skrzyp schodów. Otwarły się drzwi do gabinetu.

Zegar miał już uderzyć na jedenastą.

Morrel nie odwrócił się, czekał na słowa Koklesa: „mandatariusz domu Thomson i French”.

Zbliżył lufę pistoletu do ust...

Nagle usłyszał krzyk... był to głos córki.

Odwrócił się i spostrzegł Julię; pistolet wypadł mu z ręki.

— Ojcze — zawołała dziewczyna zadyszana, niemal nieprzytomna z radości. — Ocalony! Jesteś ocalony!

I rzuciła się mu na szyję, podnosząc do góry sakiewkę z czerwonego jedwabiu.