Na brzegu zgromadził się tłum. Ludzie rozstąpili się przed Morrelem.
— „Faraon”! „Faraon”! — wołali wszyscy.
W istocie, działa się rzecz cudowna i niepojęta: naprzeciw wieży Świętego Jana zarzucał kotwicę i zwijał żagle statek z białym napisem na rufie: „»Faraon«, Morrel i Syn, Marsylia”, o tej samej pojemności co „Faraon” zatopiony i tak samo wyładowany koszenilą i indygo; na mostku rozkazy wydawał kapitan Gaumard, a stary Penelon machał przyjaźnie do pana Morrela.
Nie można już było wątpić: zmysły świadczyły, że to prawda, a potwierdzało to jeszcze świadectwo dziesięciu tysięcy osób.
Gdy Morrel ściskał syna przy oklaskach całego miasta, człowiek jakiś z twarzą do połowy zakrytą czarnym zarostem, ukryty za budką szyldwacha, przypatrywał się tej scenie ze wzruszeniem, a na koniec szepnął:
— Bądź szczęśliwy, szlachetny człowieku, niech cię Bóg błogosławi za całe dobro, jakieś czynił do tej pory i jakie nadal będziesz czynił, i niech moja wdzięczność skryje się w cieniu, tak jak twój dobry postępek.
I uśmiechając się, a w uśmiechu tym przebijały się radość i szczęście, wyszedł z kryjówki i nie zwróciwszy niczyjej uwagi — tak dalece wszyscy byli przejęci tym nadzwyczajnym wydarzeniem — zbiegł po schodkach przystani i zawołał:
— Jacopo! Jacopo! Jacopo!
Wnet do brzegu przybiła szalupa; wsiadł do niej i popłynął na bogato urządzony jacht; wskoczył na pomost z lekkością marynarza, stamtąd spojrzał raz jeszcze na Morrela, który płacząc z radości, kolejno ściskał wyciągnięte ręce i błądząc oczyma po niebie, zdawał się jednocześnie szukać swego nieznanego dobroczyńcy i dziękować mu.
— A teraz — rzekł nieznajomy — żegnaj, dobroci, ludzkości, wdzięczności... Żegnajcie, uczucia, od których raduje się serce!... Wyręczyłem Opatrzność, aby nagrodzić dobrych... teraz niech bóg zemsty ustąpi mi miejsca, abym ukarał złych!