— „Faraon”! Proszę pana, sygnalizują, że „Faraon” wchodzi do portu!
Morrelowi zabrakło nagle sił, upadł na krzesło; nie był w stanie pojąć, jak mogło dojść do tylu wydarzeń tak nieprawdopodobnych, niesłychanych — iście baśniowych.
Ale wreszcie nadbiegł i syn.
— Ojcze — zawołał Maksymilian. — Czemu mi mówiłeś, że „Faraon” zatonął? Strażnik morski go sygnalizuje właśnie, jak wchodzi do portu!
— Najdrożsi — wyszeptał Morrel. — Jeżeli to jest prawda, będzie nam trzeba uwierzyć w cud boski! To niemożliwe! Niemożliwe!
Ale czymś równie nieprawdopodobnym, a jednak realnym, była owa sakiewka, którą trzymał w ręku, był ten pokwitowany weksel i ten niezwykły diament.
— Ach! Proszę pana! — rzekł na koniec i Kokles. — Jak to, „Faraon”?...
— Chodźmy, dzieci — rzekł Morrel, wstając. — Chodźmy przekonać się sami i niech się Bóg nad nami zlituje, jeśli to jest fałszywa wiadomość.
Zeszli na dół; w połowie schodów czekała pani Morrel; biedna kobieta nie śmiała pójść na górę.
Po chwili doszli do portu.