— No i co? — zapytali jednocześnie Franz i marynarze.

— Cóż — odpowiedział. — To hiszpańscy przemytnicy i dwóch korsykańskich bandytów.

— Ale co u diabła robią korsykańscy bandyci z hiszpańskimi przemytnikami?

— Ach, mój Boże! — odpowiedział Gaetano tonem, w którym pobrzmiewały akcenty zaiste chrześcijańskiego miłosierdzia. — Panie hrabio, toć trzeba sobie wzajemnie pomagać. Często takiego bandytę mocno przyciskają żandarmi albo karabinierzy, no to cóż, natyka się wtedy na łódź, w której siedzi paru takich poczciwych chłopaków jak my. No i przychodzi prosić o gościnność w naszym pływającym domu. Czyż godzi się odmówić, kiedy biedaka ścigają? Przyjmujemy go, a dla większego bezpieczeństwa umykamy na pełne morze. Wszakże to nic nas nie kosztuje, a nieraz może ocalić życie, a przynajmniej wolność bliźniemu, który przy okazji może nam odwzajemnić przysługę i wskazać nam bezpieczną przystań, gdzie możemy wyładować spokojnie towar, unikając ciekawych oczu.

— Ach tak? — zdziwił się Franz. — A więc i ty, Gaetano, jesteś po trosze przemytnikiem?

— Cóż robić, panie hrabio! — odrzekł Gaetano z uśmiechem niemożliwym do opisania. — Robi się to i owo; trzeba przecie z czegoś żyć.

— No, to znasz pewnie tych ludzi, którzy są teraz na Monte Christo?

— Po części. My, żeglarze, poznajemy się jak masoni: po pewnych znakach.

— Jesteś więc przekonany, że nie mamy się czego obawiać?

— Nie, skądże; kontrabandziści nie są złodziejami.