Na losie widniało nazwisko Divolaccia.
Był to ten sam, który chciał wznieść z Carlinim zdrowie wodza, na co Carlini odpowiedział, rzucając mu w twarz szklankę.
Z rany ciągnącej się od skroni aż po usta obficie ciekła mu krew.
Divolaccio, dowiedziawszy się, że go aż tak faworyzuje los, wybuchnął śmiechem.
— Wodzu! — zawołał. — Przed chwilą Carlini nie chciał wypić twojego zdrowia; każ mu teraz wypić moje; może będzie miał więcej względów dla ciebie niż dla mnie.
Wszyscy spodziewali się, że Carlini wybuchnie; ale ku ich zdumieniu wziął tylko szklankę i oplecioną flaszkę, a nalawszy sobie:
— Zdrowie twoje, Divolaccio! — zawołał doskonale spokojnym głosem, wychylił całą szklankę, a ręka nie zadrżała mu ani raz. A potem usiadł przy ogniu i zapytał:
— A moja porcja? Nabiegałem się trochę i nabrałem apetytu.
— Niech żyje Carlini! — zawołali bandyci.
— To się nazywa podchodzić do sprawy po koleżeńsku! — i wszyscy otoczyli ognisko, poza Divolacciem, który zniknął.