Luigi zastawił za nią głaz, dostrzegł bowiem właśnie na grzbiecie wzgórza, które zasłaniało Palestrinę, jakiegoś jeźdźca, który jakby niepewny drogi zatrzymał się na chwilę; jego kontur rysował się na tle nieba z taką ostrością, jaką charakteryzują się tylko południowe pejzaże.

Spostrzegłszy Luigiego, jeździec spiął konia i puścił się galopem w jego stronę.

Luigi nie mylił się; podróżny, który jechał z Palestriny do Tivoli nie wiedział, którędy ma się kierować.

Młodzieniec wskazał mu drogę; ale jako że o ćwierć mili trakt rozchodził się trzema ścieżkami w trzy różne strony, podróżny poprosił Luigiego, by mu posłużył za przewodnika, w obawie, że znów się zabłąka.

Luigi zrzucił płaszcz, wziął na ramię fuzję i pozbywszy się w ten sposób ciężaru ubrania, puścił się naprzód swym krokiem górala, za którym koń ledwo mógł nadążyć.

Dziesięć minut później byli już na rozstajach.

Przybywszy na miejsce, Luigi wskazał majestatycznym imperatorskim gestem, którędy podróżny powinien jechać:

— Oto droga ekscelencji, teraz pan już nie zbłądzisz.

— A oto twoja nagroda za fatygę — to mówiąc, podróżny podał młodzieńcowi kilka drobnych monet.

— Dziękuję — rzekł Luigi, cofając rękę. — Oddaję usługi, ale ich nie sprzedaję.