— To chodźmy podziękować sąsiadowi za jego uprzejmość.

Franz i Albert musieli przejść tylko parę kroków; hotelarz wyprzedził ich i zadzwonił do drzwi; służący otworzył.

I signori Francesi — oznajmił hotelarz.

Lokaj ukłonił się i dał znak, by weszli.

Przeszli dwa pokoje umeblowane z takim przepychem, że nigdy by się nie spodziewali takich znaleźć w hotelu pana Pastriniego i weszli na koniec do salonu urządzonego z najwykwintniejszym smakiem. Na podłodze rozesłany był dywan turecki, wygodne meble kusiły miękkością poduszek i oparć. Znakomite obrazy największych mistrzów, na przemian ze wspaniałymi okazami broni zdobiły ściany, tapiserie służące za kotary powiewały u drzwi.

— Ekscelencje raczą usiąść — rzekł lokaj — a ja uprzedzę pana hrabiego.

I zniknął we drzwiach.

W chwili gdy otwierał drzwi, uszu przyjaciół dobiegły dźwięki guzli, ale też i zgasły natychmiast; drzwi zamknięte niemal w tej samej sekundzie, w której zostały otwarte, przepuściły tylko do salonu jakby powiew melodii.

Franz i Albert spojrzeli zdumieni po sobie, przenieśli wzrok na meble, obrazy, broń. Wszystko teraz wydawało im się jeszcze wspanialsze niż za pierwszym rzutem oka.

— No i co ty na to? — zapytał Franz.