Uprasza się niniejszym ludzi miłosiernych, aby błagali Boga o szczerą skruchę tych dwóch nieszczęsnych skazańców.
Wszystko to, niemal co do słowa, usłyszał Franz przedwczoraj w zwaliskach Koloseum i nic się nie zmieniło w programie: nazwiska skazanych, przyczyny wyroku i rodzaj egzekucji — zgadzało się wszystko.
A zatem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, Transteverczyk był nie kim innym, jak Luigi Vampą, a człowiekiem w pelerynie — Sindbad Żeglarz, który wypełniał swoje filantropijne powołanie zarówno w Rzymie, jak i w Porto-Vecchio, czy w Tunisie.
Czas mijał; wybiła dziewiąta i Franz miał już iść budzić Alberta, gdy ku jego wielkiemu zdziwieniu Albert wyszedł z pokoju kompletnie już ubrany. Karnawał zawrócił mu zupełnie głowę — i obudził go wcześniej, niż Franz mógł się spodziewać.
— Czy moglibyśmy, drogi panie Pastrini — rzekł Franz — skoro jesteśmy już obaj gotowi, złożyć teraz wizytę hrabiemu de Monte Christo? Jak pan sądzi?
— O, naturalnie! Hrabia de Monte Christo to ranny ptaszek i jestem pewny, że wstał już ze dwie godziny temu.
— I sądzisz pan, że nie będzie to nietakt, jeśli odwiedzimy go o tej porze?
— Bynajmniej.
— W takim razie, Albercie, jeśli jesteś gotów...
— Całkowicie.