— A więc dobrze, pójdziemy przez tę ulicę, a powóz poślemy na plac del Popolo, żeby tam na nas czekał. Jestem nawet rad, że tamtędy przejdziemy, będę się mógł przekonać, czy zostały spełnione moje rozkazy.

— Panie hrabio — rzekł służący, otwierając drzwi. — Jakiś pokutnik chce z jaśnie panem mówić.

— A, wiem, o co idzie. Panowie, raczcie przejść do salonu, znajdziecie tam na stoliku doskonałe hawańskie cygara, a ja za chwilę wrócę.

Goście wstali i wyszli jednymi drzwiami, podczas gdy hrabia, przepraszając ich raz jeszcze, zniknął za drugimi. Albert, wielki amator cygar, który czuł się mocno pokrzywdzony faktem, że we Włoszech był pozbawiony takich cygar, jakie podawano w Café de Paris, podchodząc do stołu, z radości aż wykrzyknął, widząc na nim oryginalne puros.

— No i co myślisz o panu Monte Christo? — odezwał się Franz.

— Co myślę? — rzekł Albert, wyraźnie zdziwiony takim pytaniem. — Myślę, że to człowiek czarujący, który umie znakomicie podejmować gości, który wiele widział, mnóstwo wie, który rozważa wszystko do głębi. Należy, jak Brutus, do szkoły stoików; a poza tym — dodał, wypuszczając z rozkoszą kłąb dymu, który uniósł się spiralą aż pod sufit — posiada doskonałe cygara.

Takie było zdanie Alberta; a ponieważ Franz wiedział, że Albert szczyci się tym, że wyrabia sobie opinię o ludziach i rzeczach dopiero po głębokich refleksjach, nie próbował więc zmieniać jego wyobrażeń.

— Ale czy nie zauważyłeś jednej dziwnej rzeczy?

— Jakiej to?

— Że ci się przypatrywał z nadzwyczajną uwagą.