— Mnie?

— Tak, tobie.

Albert zastanowił się.

— A! — rzekł po chwili, wzdychając — nic dziwnego. Nie byłem w Paryżu już od roku, moje ubranie musi być naprawdę niemodne. Hrabia wziął mnie za parafianina; wyprowadź go z błędu, mój kochany, błagam, przy pierwszej sposobności, że tak nie jest.

Franz uśmiechnął się; po chwili wszedł hrabia.

— Oto jestem, moi panowie, gotów na wasze usługi, wydałem już wszystkie rozkazy; powóz pojedzie swoją drogą na plac del Popolo, my zaś pójdziemy, jak pan sobie zażyczył, przez ulicę del Corso. Proszę sobie wziąć trochę tych cygar, panie de Morcerf.

— Z prawdziwą przyjemnością! Włoskie cygara są chyba jeszcze paskudniejsze niż nasze monopolowe. Kiedy przyjedziesz pan do Paryża, odwdzięczę się za wszystko.

— O, nie odmówię; zamierzam się kiedyś wybrać, a skoro pan zapraszasz, zastukam i do pańskich drzwi. Ale chodźmy już, panowie, nie mamy czasu do stracenia, już wpół do pierwszej, chodźmy.

I wszyscy trzej wyszli.

Stangret wysłuchał ostatnich rozkazów swojego pana i odjechał ulicą del Babuino, trzej zaś piechurzy podążyli przez Plac Hiszpański na ulicę Frattina, która zaprowadziła ich prosto między pałac Fiano i pałac Rospolich.