Bójka wciąż trwała, widok był okropny. Pachołkowie katowscy wciągali Andreę na rusztowanie; tłum był przeciwko niemu; dwadzieścia tysięcy głosów wołało zgodnie:

— Zabić go! Zabić!

Franz rzucił się w tył, ale hrabia chwycił go za ramię i przytrzymał przy oknie.

— Co pan robisz! Czuje pan litość dla tego człowieka? O, dobrześ sobie pan wybrał obiekt! Gdybyś usłyszał, że ktoś krzyczy: „Wściekły pies!”, porwałbyś za strzelbę, wypadł na ulicę i wypaliłbyś prosto w łeb temu biednemu zwierzęciu, które cóż zresztą winne, że ukąszone przez innego psa, oddaje, co wzięło? A pan lituje się nad człowiekiem, którego nikt nie ugryzł, a który jednak zabił swojego dobroczyńcę; a teraz, kiedy już zabijać nie może, bo ma związane ręce, chce za wszelką cenę zobaczyć, jak umiera jego towarzysz niedoli! O, nie, nie, patrz, patrz!

Zachęta ta była już właściwie zbyteczna; Franz stał zafascynowany widokiem tej okropnej sceny. Pachołkowie kata wynieśli delikwenta siłą na szafot i mimo jego oporu, ukąszeń i krzyków, zmusili go, by ukląkł. Tymczasem kat stanął z boku i wzniósł maczugę. Na dany znak dwaj pachołkowie odsunęli się. Skazaniec spróbował się podnieść, ale nim zdążył to zrobić, na jego lewą skroń opadła maczuga. Rozległo się głuche i przytłumione uderzenie, delikwent zwalił się na ziemię jak wół, twarzą w ziemię, odbił się od niej i opadł na plecy. Kat rzucił maczugę w kąt, dobył noża i jednym ruchem rozciął mu gardło, a wskoczywszy mu zaraz na brzuch, zaczął deptać go nogami.

Za każdym stąpnięciem fontanna krwi buchała z szyi zbrodniarza.

Tym razem Franzowi było tego już za wiele. Rzucił się w tył i opadł na fotel na wpół omdlały.

Albert, z zamkniętymi oczami, stał ciągle przy oknie, wczepiony kurczowo w zasłonę.

Hrabia stał triumfujący jak upadły anioł.

36. Karnawał rzymski