Gdy Franz przyszedł do siebie, ujrzał, jak Albert pije ze szklanki wodę, a jego bladość wskazywała, że mu to jest bardzo potrzebne; a hrabia przebierał się już tymczasem w kostium arlekina.

Franz zwrócił machinalnie oczy na plac; wszystko już zniknęło: i szafot, i kaci, i ofiary. Pozostał tylko tłum — gwarny, ruchliwy, radosny.

Słychać było, jak bije dzwon na Monte Citorio, dzwon, który rozbrzmiewa tylko na śmierć papieża i na otwarcie mascheraty.

— Co się stało? — spytał hrabiego.

— Nic, nic zupełnie; jak pan widzisz, po prostu rozpoczął się karnawał, ubierajmy się prędko.

— Prawda — odpowiedział Franz. — Po tej okropnej scenie nie ma już nic oprócz śladu, jaki zostawia sen.

— Bo to, co pan widział, było rzeczywiście tylko snem, koszmarem sennym.

— To, co ja widziałem, tak; a skazaniec?

— On też miał ten sen; tylko że on ciągle śpi, a pan się obudziłeś. Kto wie, który z was jest bardziej uprzywilejowany?

— Ale Peppino? — zapytał Franz. — Cóż się z nim stało?