Istotnie, charakter pisma był nader elegancki, a i ortografii nie można było nic zarzucić.
— Cóż, los tak chce — rzekł Franz, oddając liścik Albertowi.
— Śmiej się, ile chcesz, żartuj sobie, żartuj, a ja jestem zakochany.
— O mój Boże! Przerażasz mnie! — wykrzyknął Franz. — Widzę, że nie tylko pójdę sam na bal, ale może będę musiał sam wracać do Florencji!
— Faktem jest, że jeżeli moja nieznajoma będzie równie miła, co piękna, oświadczam, że zostanę w Rzymie na co najmniej sześć tygodni. Uwielbiam Rzym, a zresztą zawsze miałem szczególne upodobanie do archeologii.
— Dajże spokój, jeszcze jedno albo dwa takie spotkania, a będę pewien, że zostaniesz członkiem Akademii Napisów i Literatury.
Albert już na pewno zacząłby rozprawiać z powagą o swoich prawach do fotela w Akademii, ale lokaj oznajmił im, że podano do stołu. Miłość zaś u Alberta w niczym nie przeszkadzała apetytowi. Pośpieszył więc razem z przyjacielem do stołu, gotów powrócić do dyskusji po obiedzie.
Po obiedzie jednak zaanonsowano hrabiego Monte Christo. Młodzieńcy nie widzieli się z nim od dwóch dni. Jak ich poinformował imć Pastrini, ważne sprawy wezwały go do Civitavecchia. Wyjechał wczoraj wieczorem, a powrócił zaledwie godzinę temu.
Hrabia był dziś czarujący: czy to przez to, że się pilnował, czy to dlatego, że żaden przypadek nie potrącił w nim strun goryczy, które zabrzmiały już kilka razy przy różnych okolicznościach, nadając cierpką tonację jego słowom. Człowiek ten stanowił dla Franza istną enigmę. Hrabia nie mógł przecież wątpić, że młody podróżny go rozpoznał; a jednak ani jedno jego słowo nie mogło świadczyć, że go sobie przypomina. A choć Franza mocno kusiło, by uczynić jakąś aluzję do ich pierwszego spotkania, zatrzymywała go obawa, że mógłby tym sprawić przykrość człowiekowi, który obsypywał ich takimi względami; zachowywał się zatem nadal równie powściągliwie, jak Monte Christo.
Hrabia dowiedział się, że przyjaciele pragnęli wynająć lożę w teatrze Argentina, i że odpowiedziano im, iż wszystkie miejsca były już wykupione.