— W imieniu prawa — ozwał się grzmiący głos, któremu nikt nie śmiał odpowiedzieć.
Drzwi otwarły się natychmiast; wszedł komisarz przybrany we wstęgę, a za nim czterech zbrojnych żołnierzy z kapralem na czele. Niepokój zamienił się w trwogę.
— O cóż to chodzi? — zapytał pan Morrel, przystępując do komisarza, którego znał osobiście. — Niezawodnie jakaś pomyłka, panie komisarzu.
— Jeśli pomyłka, panie Morrel, bądź pan pewien, że natychmiast ją wyjaśnimy. Tymczasem mam tu rozkaz aresztowania i choć przykro mi, że muszę spełnić takie zlecenie, trzeba je jednak wykonać. Który z was, panowie, nazywa się Edmund Dantès?
Wszyscy zwrócili spojrzenia na młodzieńca, który choć mocno poruszony, zachował jednak godność i postąpił krok naprzód:
— To ja. Czego pan sobie życzy?
— Edmundzie Dantès, aresztuję cię w imieniu prawa.
— Aresztuje mnie pan! — rzekł Edmund i pobladł lekko. — Ale za co?
— Nie wiem, za co, ale na pierwszym przesłuchaniu dowiesz się pan niezawodnie.
Pan Morrel zrozumiał, że w takiej sytuacji na nic zda się opór: komisarz przepasany urzędową wstęgą przestaje być człowiekiem, ale jest uosobieniem prawa, zimnym na wszystko, niemym i głuchym. Stary Dantès rzucił się tymczasem na urzędnika z płaczem i prośbami; są rzeczy, których serce ojca czy matki nigdy nie zrozumie. Łzy na nic się nie zdały, rozpacz jego jednak była tak wielka, że wzruszyła komisarza.