— Uspokój się pan — rzekł — być może syn twój nie dopełnił jakiejś formalności celnej lub sanitarnej, i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, skoro tylko udzieli potrzebnych objaśnień, uwolnią go natychmiast.

— A cóż to wszystko znaczy? — zapytał Caderousse, zmarszczywszy brwi, Danglarsa, który udawał zdumionego.

— Skąd mogę wiedzieć? — odparł Danglars. — Tyle wiem, co ty; widzę, co się dzieje, nic nie rozumiem i sam nie wiem, co mam na to powiedzieć.

Caderousse poszukał wzrokiem Fernanda, ale Fernanda już nie było.

I cała scena z poprzedniego dnia przedstawiła mu się nagle w przerażającym świetle. Powiedziałbyś, że nieszczęście to zdarło zasłonę, którą wczoraj pijaństwo nałożyło na jego pamięć.

— Aha — rzekł chrapliwym głosem — a może to skutki żartu, o którym wczoraj mówiłeś, panie Danglars? Jeśli tak, to biada temu, kto się nań poważył, bo to straszliwa psota!

— A skąd! — zawołał Danglars. — Wiesz przecież dobrze, że podarłem papier w drobne kawałki.

— Nie podarłeś go — rzekł Caderousse — tylkoś go zmiął i rzucił w kąt, ot, i tyle.

— Bądź cicho, nie widziałeś tego, byłeś pijany.

— A gdzie Fernand? — spytał Caderousse.