Jednocześnie blask ich pochodni odbił się w ciemnościach lśnieniem na lufie karabinu.

— Przyjaciel! — zawołał Peppino. Podszedł do przodu i szepnął kilka słów do wartownika, który podobnie jak poprzedni skłonił się, dając znak nocnym gościom, że mogą iść dalej.

Za wartownikiem były schody o dwudziestu stopniach. Franz i hrabia zeszli po nich i znaleźli się na skrzyżowaniu dróg cmentarnych. Korytarze rozchodziły się promieniście, w ścianach wydrążone były jedne nad drugimi nisze w kształcie trumien, co wskazywało, że nareszcie weszli do katakumb.

W jednym z korytarzy, którego długości nie sposób określić, migotał nikły poblask światła.

Hrabia położył dłoń na ramieniu Franza:

— Czy chcesz pan zobaczyć obóz bandytów na wywczasie?

— O, oczywiście.

— No, to proszę za mną... Peppino, zgaś pochodnię.

Peppino usłuchał i znaleźli się nagle w najgłębszych ciemnościach. I tylko jakieś pięćdziesiąt kroków przed nimi tańczyły wciąż na murach czerwonawe błyski, wyraźniejsze, odkąd Peppino zgasił pochodnię.

Szli w milczeniu; hrabia prowadził Franza, jakby posiadał przedziwny dar widzenia w ciemnościach.