— Skądże się wziął? Z krainy czarów?

— Kto wie.

— Do diabła! Mam nadzieję, że nie przybywa stamtąd razem z naszym śniadaniem?

— Nie, bądź spokojny; śniadanie szykuje się w kuchni, u mamy. A co, głodny jesteś?

— Zgadza się, nawet jeśli przyznać się do tego — to rzecz upokarzająca. Wczoraj jadłem obiad u pana de Villefort; a zauważyłeś może, mój drogi, że u wszystkich prokuratorów jada się fatalnie? Jakby ich bez przerwy gryzło sumienie.

— Do licha, nie szkaluj obiadów u bliźnich, jakże się jada u twoich ministrów?

— Tak, ale my przynajmniej nie zapraszamy ludzi z dobrego towarzystwa; i gdybyśmy nie musieli gościć na obiadach rozmaitych szubrawców, co myślą, a raczej głosują tak jak trzeba, wystrzegalibyśmy się tych naszych przyjęć, zaręczam.

— Mój drogi, napij się wobec tego jeszcze xeresu, i weź drugi biszkopt.

— Chętnie, hiszpańskie wina masz wyborne; przyznaj, że mieliśmy całkowitą słuszność, pacyfikując ten kraj.

— Zapewne; ale co z don Carlosem?