— Tylko śniadanie. Czekamy jeszcze na dwie osoby i siadamy do stołu.
— A któż to ma przyjść? — spytał Beauchamp.
— Szlachcic i dyplomata.
— Oj, to znaczy, że poczekamy sobie dwie godzinki na szlachcica i dwie godziny na dyplomatę. Zjawię się przy deserze. Zostawcie mi poziomek, kawę i cygara. Zjem sobie kotlet w Izbie.
— Nie kłopocz się tym, bo gdyby nawet szlachcicem miał być Montmorency, a dyplomatą Metternich, siadamy do śniadania nie później jak o jedenastej. A tymczasem skosztuj, jak Lucjan, xeresu i biszkoptów.
— No, to w takim razie zostanę, koniecznie mi dziś trzeba trochę rozrywki.
— O proszę! Zupełnie jak Lucjanowi! A przecież kiedy rząd się smuci, opozycja powinna się radować!
— Ech, bo widzisz, mój drogi, sam nie wiesz, co mi grozi. Dziś przed południem mam słuchać w Izbie Deputowanych między innymi pana Danglarsa, wieczorem zaś u jego żony czeka nas tragedia, którą napisał par Francji. Niech diabli wezmą rząd konstytucyjny! Czemu wybraliśmy taki, skoro, jak powiadają, wybór od nas zależał?
— Rozumiem — chcesz przygotować sobie zapasik wesołości.
— Nie gadajże źle o mowach pana Danglarsa — rzekł Debray. — Głosuje za wami, należy do opozycji.