— Patrz, jest tu Lucjan, co cię nienawidzi, chociaż nie czyta nigdy, tak przynajmniej mówi.

— Ma świętą rację — rzekł Beauchamp. — To tak jak ja: krytykuję go, a nie wiem nic o tym, co robi; witaj, komandorze!

— A, już wiesz o tym! — odpowiedział sekretarz osobisty, wymieniając z dziennikarzem uścisk dłoni i uśmiech.

— Jakżeby inaczej! — zawołał Beauchamp.

— I co mówią o tym w świecie?

— W którym? Bo wiele światów mamy w roku pańskim 1838.

— No, w świecie, w którym brylujesz — krytyczno-politycznym.

— Powiada się tam, że słusznie ci się to należy — tak hojnie szafujesz czerwienią, że wyrósł na niej błękitny kwiatek.

— Brawo, brawo, niezły koncept — rzekł Lucjan. — Dlaczegóż do nas nie należysz, mój drogi? Z takim dowcipem mógłbyś w lat parę zrobić karierę.

— Toteż na jedną tylko rzecz czekam, zanim pójdę za twoją radą: na rząd, który by przetrwał choć z pół roku. A teraz do ciebie jedno słówko, drogi Albercie, bo trzeba dać odsapnąć biednemu Lucjanowi. Będziemy jedli śniadanie czy obiad? Bo ja muszę być w Izbie. W naszym rzemiośle, jak widzicie, nie wszystko jest różowe.