— Świetnie powiedziane — zawołał Château-Renaud. — Życzę ci, wicehrabio, aby w podobnym przypadku pan kapitan uczynił dla ciebie to, co uczynił dla mnie.
— A cóż to było? — zapytał Albert.
— O, nie warto mówić — odezwał się Morrel. — Przeceniasz pan wielkość pomocy.
— Jak to! — sprzeciwił się Château-Renaud. — Nie warto mówić? Życie nie zasługuje, aby o nim mówić? Doprawdy, zbyt filozoficznie to ujmujesz, mój drogi kapitanie!... To dobre w pańskim przypadku, bo narażasz co dzień życie, ale ja naraziłem raz jeden, i to przypadkiem...
— Z tego wszystkiego widzę tylko, że pan kapitan ocalił ci życie.
— Mój Boże, tak właśnie! — rzekł Château-Renaud.
— Jak to się stało? — zawołał Beauchamp.
— Mój drogi, wiesz, że umieram z głodu — zaoponował Debray — nie zaczynaj go teraz wypytywać.
— Ależ przecież to nie przeszkadza — rzekł Beauchamp — żebyśmy zasiedli do śniadania... Château-Renaud opowie nam wszystko przy stole.
— Panowie — przerwał Morcerf — dopiero kwadrans po dziesiątej, a zważcie, że jeszcze na kogoś czekamy.