— Ach, prawda, na tego dyplomatę — rzekł Debray.

— Czy to dyplomata, czy nie, tego właściwie nie wiem; ale wiem, że zleciłem mu poselstwo w mojej sprawie, z którego on wywiązał się tak znakomicie, że gdybym był królem, mianowałbym go natychmiast kawalerem wszystkich moich orderów, nawet gdyby zależałyby ode mnie naraz i Złote Runo, i Podwiązka.

— A więc, ponieważ nie siadamy jeszcze do stołu — rzekł Debray — nalej sobie xeresu, baronie, tak jak myśmy to zrobili, i opowiadaj.

— Wszyscy wiecie, jak przyszło mi do głowy wypuścić się do Afryki.

— Drogę wytyczyli ci twoi przodkowie, mój drogi — wtrącił dwornie Albert.

— Tak, ale wątpię, żebyś to robił po to, żeby jak oni oswobodzić grób Chrystusa — odezwał się Beauchamp.

— Masz rację — rzekł młody arystokrata — Chciałem sobie postrzelać z pistoletu, ot tak, po amatorsku. Do pojedynków, jak wiecie, mam wstręt od czasu, kiedy sekundanci, których wybrałem, aby załagodzić pewne nieporozumienie, zmusili mnie, bym strzaskał rękę najlepszemu przyjacielowi... no, temu poczciwemu Franzowi d’Epinay, znacie go przecież wszyscy.

— A, prawda — rzekł Debray. — Strzelaliście się kiedyś... o co poszło?

— Niech mnie diabli wezmą, jeśli pamiętam — odpowiedział Château-Renaud. — To tylko pamiętam, że zawstydzony, że marnuję tak wielki talent, postanowiłem wypróbować na Arabach nowe pistolety, które dostałem w podarunku. Popłynąłem więc statkiem do Oranu, z Oranu udałem się do Konstantyny i trafiłem tam w chwili, gdy odstępowano od oblężenia. Musiałem zawrócić wraz z innymi. Przez dwie doby znosiłem niezgorzej deszcz w dzień, śnieg w nocy, ale trzeciego dnia, rankiem, koń mój padł od zimna! Biedne zwierzę, przywykłe do derek i ogrzewanych stajen... arab, ale poczuł się w Arabii jak w obcym kraju — wystawiony na dziesięciostopniowy mróz.

— To dlatego chcesz kupić mego anglika — rzekł Debray — sądzisz, że lepiej będzie znosił mrozy.