— Mylisz się. Przysiągłem sobie nigdy już nie wracać do Afryki.

— Aż tak się strachu najadłeś? — zapytał Beauchamp.

— Ależ tak, i nie kryję się z tym — odpowiedział Château-Renaud — a było czego!

Koń mi zginął, szedłem więc pieszo, aż nagle przygalopowało sześciu Arabów, dybiąc na moją biedną głowę; powaliłem dwóch z fuzji, a dwóch z pistoletów — bo dobrze strzelam, ale pozostało jeszcze dwóch, a ja już byłem bez broni. Jeden chwycił mnie za włosy, dlatego noszę takie krótkie, bo kto wie, co się jeszcze może zdarzyć; drugi przyłożył mi do szyi jatagan i czułem już ostry chłód żelaza, gdy ten, którego tu widzicie, natarł na nich i zabił wystrzałem z pistoletu Araba, który mnie trzymał za włosy, a drugiemu, co mi chciał poderżnąć gardło, porąbał łeb pałaszem. Pan kapitan postanowił sobie, że w dniu tym ocali komuś życie, a przypadek zrządził, że ocalił właśnie mnie. Jak się wzbogacę, zamówię u Klagmana albo Marochettiego posąg przedstawiający Przypadek.

— W istocie — rzekł z uśmiechem Morrel — było to piątego września, to jest w rocznicę dnia, w którym mój ojciec został cudownie uratowany; dlatego też staram się, o ile to jest w mej mocy, co roku uczcić ten dzień jakimś uczynkiem...

— Bohaterskim, nieprawdaż? — przerwał Château-Renaud. — Krótko mówiąc, los padł na mnie. Ale to jeszcze nie koniec; ocaliwszy mi życie, kapitan wybawił mnie od zimna, a dał mi nie połowę swego płaszcza, jak święty Marcin, ale cały; wreszcie od głodu, bo się ze mną podzielił, zgadnijcie czym?

— Pasztetem od Felixa?

— Nie, własnym koniem, którego zjedliśmy z wielkim apetytem; co za wielki...

— Co? Koń? — roześmiał się Albert.

— Nie, dowód poświęcenia. Spytajcie Lucjana, czy poświęciłby swojego anglika dla nieznajomego?