— Czytałeś Księgę tysiąca i jednej nocy?

— Też mi pytanie.

— A więc, pomyśl — wiesz od razu, czy ludzie są tam bogaci czy biedni? Czy ziarna zboża nie są przypadkiem rubinami albo diamentami? Zdaje ci się, że to biedni rybacy i traktujesz ich jak rybaków, aż oto nagle otwierają ci jakąś tajemniczą jaskinię ze skarbami, za które mógłbyś kupić Indie.

— I cóż z tego?

— To, że mój hrabia de Monte Christo jest właśnie takim rybakiem. I ma nawet imię odpowiednie, nazywa się Sindbad Żeglarz i posiada jaskinię pełną złota.

— I widziałeś, Albercie, tę jaskinię?

— Ja nie, ale Franz widział. Ale nie wolno o tym ani słowa pisnąć przed hrabią. Franza wprowadzono tam z zawiązanymi oczyma, a posługiwała mu służba złożona z samych niemych i kobiet, przy których Kleopatra przypominałaby podobno tylko pospolitą kurewkę. Ale nie jest do końca pewien tych kobiet, weszły bowiem dopiero, gdy zażył sobie haszyszu; więc może wziął za kobiety tańcujące wokół niego posągi.

Przyjaciele spojrzeli na Alberta tak, jakby chcieli zapytać: „Pomieszało ci się w głowie, czy z nas chcesz zrobić pomyleńców?”.

— W istocie — rzekł Morrel, zamyślony — podobną historię opowiadał mi kiedyś stary marynarz nazwiskiem Penelon.

— Co za szczęście — rzekł Albert — że pan Morrel przychodzi mi w pomoc. Nie w smak wam, że pan Morrel rzucił kłębek nici do mojego labiryntu?