— Nie ma hrabiów o takim nazwisku — odezwał się Debray.

— I ja tak sądzę — dodał Château-Renaud z zimną krwią człowieka, który ma w jednym palcu cały herbarz europejski — nikt nie słyszał o istnieniu jakichś hrabiów Monte Christo.

— Może pochodzi z Ziemi Świętej — rzekł Beauchamp. — Może któryś z jego przodków posiadał Kalwarię, jak ród Mortemartów posiadał Morze Martwe.

— Za pozwoleniem — przerwał Maksymilian — chyba mogę pomóc panom w rozstrzygnięciu tej kwestii. Monte Christo to wysepka, o której słyszałem od majtków pracujących u mego ojca; ziarnko piasku wśród Morza Śródziemnego, atom w nieskończoności.

— Właśnie tak, panie kapitanie — rzekł Albert. — Otóż panem i władcą tego ziarnka piasku, jest ten, o którym wam opowiadam. Tytuł hrabiego kupił sobie gdzieś w Toskanii.

— No, to bogaczem jest twój hrabia.

— Ba! Ja myślę.

— Ale to chyba przecież widać.

— Właśnie, że nie, Lucjanie.

— Nie rozumiem.