— To ten nadzwyczajny człowiek jada?

— Doprawdy, jeśli je, to tak mało, że nie warto o tym mówić.

— Okaże się w końcu, że to jaki wampir.

— Śmiejcie się, śmiejcie, tak samo myśli hrabina G***, która, jak wiecie, znała lorda Ruthwena.

— Wyborne! — uśmiechnął się Beauchamp. — Dla kogoś, kto nie jest dziennikarzem, byłby to wspaniały odpowiednik sławnego węża morskiego, o którym pisali w „Constitutionnelu”. Wampir! Znakomita historia!

— Oko płowe, którego źrenica rozszerza się i zwęża, wedle woli — rzekł Debray. — Szczęki wydatne, czoło wspaniałe, cera sina, broda czarna, zęby białe i ostre i odpowiednie do tego wszystkiego obejście.

— Trafiłeś w sedno, Lucjanie — zawołał Albert. — Rysopis dokładny co do joty. Tak właśnie — uprzejmość cierpka, kostyczna. Ten człowiek często przejmował mnie drżeniem. Pewnego razu, gdyśmy się przypatrywali egzekucji, o mało nie zemdlałem i czułem, że to nie dlatego, żem widział kata pełniącego swoją powinność i słyszał jęki delikwenta, ale żem patrzył jednocześnie na hrabiego, słuchając, jak z zimną krwią rozprawiał o wszystkich możliwych torturach na ziemi.

— A nie zabrał cię na przechadzkę w ruiny Koloseum, aby ci trochę krwi wyssać? — zapytał Beauchamp.

— Albo, kiedy już cię uwolnił, nie kazał ci przypadkiem podpisać szkarłatnego cyrografu, w którym musiałeś sprzedać mu duszę, jak Ezaw sprzedał prawo starszeństwa?

— Żartujcie, żartujcie, ile się wam podoba, moi panowie — rzekł Albert nieco urażony. — Kiedy na was patrzę, piękni Paryżanie, przyzwyczajeni do bulwaru Gandawskiego, spacerujący po lasku Bulońskim, i kiedy sobie przypomnę tego człowieka, zdaje mi się, że nie jesteśmy z jednej gliny.