— Pochlebia mi to! — rzekł Beauchamp.
— Zawsze jednak z tego wynika — dodał Châtau-Renaud — że twój hrabia Monte Christo musi być w wolnych chwilach bardzo przyjemnym człowiekiem, wyjąwszy jednak jego osobliwe konszachty z bandytami włoskimi.
— E, nie ma żadnych włoskich bandytów — rzekł Debray.
— Ani wampirów — dorzucił Beauchamp.
— Ani hrabiego Monte Christo — zakończył Debray. — Słyszysz, Albercie? Bije wpół do jedenastej.
— Przyznaj się, że miałeś jakieś senne koszmary i chodźmy na śniadanie — rzekł Beauchamp.
Ale nim echo dźwięków zegara ucichło, otwarły się drzwi i Germain oznajmił:
— Jego ekscelencja pan hrabia Monte Christo!
Wszyscy drgnęli mimowolnie, zdradzając, jak bardzo opowiadanie Alberta zapadło im w duszę. Sam Albert nie mógł oprzeć się gwałtownej emocji. Nie dał się bowiem słyszeć żaden turkot powozu na ulicy, ani szmer kroków w przedpokoju, nawet drzwi otwarły się bezszelestnie.
Hrabia stanął w progu, ubrany z największą prostotą, ale najbardziej jednak wymagający salonowiec nie znalazłby w jego toalecie nic do zarzucenia. Wszystko tu było w wytwornym guście, wszystko pochodziło od najlepszych dostawców: frak, cylinder i koszula.