— Jak to, pan jeszcze nie widział swojego mieszkania? — zdziwił się Debray.
— Nie — odpowiedział Monte Christo. — Mówiłem już, że nie chciałem się spóźnić. Zrobiłem toaletę w powozie i wysiadłem przed drzwiami wicehrabiego.
Młodzi ludzie spojrzeli po sobie; nie byli pewni, czy aby Monte Christo nie gra przed nimi jakiejś komedii, ale wszystko, co wychodziło z ust tego człowieka, odznaczało się, mimo swojej oryginalności, taką prostotą, że nie można było przypuścić, by kłamał. A przy tym dlaczegóż by miał kłamać?
— Musimy więc poprzestać — rzekł Beauchamp — na oddaniu panu hrabiemu tych małych przysług, jakie są w naszej mocy. Jako dziennikarz ofiarowuję panu wejście do wszystkich teatrów paryskich.
— Dziękuję panu — rzekł z uśmiechem Monte Christo. — Mój intendent dostał już rozkaz zamówić dla mnie lożę we wszystkich teatrach.
— A ten pański intendent, czy także jest niemym Nubijczykiem? — spytał Debray.
— Nie, mój panie, to po prostu wasz rodak, o ile Korsykanin może być czyimś rodakiem. Ale pan go znasz, panie Albercie.
— Czyżby to ów poczciwy signor Bertuccio, który tak dobrze umie najmować okna?
— Właśnie ten, widział go pan u mnie wtedy, kiedy miałem zaszczyt gościć panów na śniadaniu. To rzeczywiście dzielny człowiek; był trochę żołnierzem, trochę przemytnikiem — próbował wszystkiego po trochu. Nie przysiągłbym, czy nie miał przypadkiem kłopotów z policją za jakąś drobnostkę, pchnięcie nożem, czy coś takiego...
— I tego poczciwego obieżyświata wybrał sobie pan hrabia na intendenta? — zdumiał się Debray. — A ileż to panu kradnie na rok?