— Mój drogi — rzekł Debray, zrywając się — już wpół do trzeciej; twój gość jest zachwycający, ale nie ma tak dobrego towarzystwa, którego by nie trzeba było opuścić dla złego! Muszę wracać do ministerium. Powiem ministrowi o hrabi, musimy wybadać, kto zacz.

— Uważaj — rzekł Albert. — Najchytrzejsi nie dali temu rady.

— E! Wydajemy trzy miliony na policję; co prawda prawie zawsze wydane są za wcześnie, ale co tam, znajdzie się przecie na tę sprawę z pięćdziesiąt tysięcy franków.

— A gdy się dowiesz, kto to taki, powiesz mi?

— Obiecuję. Do widzenia, Albercie. Sługa uniżony panów.

I wychodząc, Debray zawołał głośno w przedpokoju:

— Dawać powóz!

— Wybornie — rzekł Beauchamp do Alberta — nie pójdę już do Izby. Mam dla moich czytelników coś lepszego niż mowa pana Danglarsa.

— Przez litość, Beauchamp — zawołał Albert. — Nie pisz ani słowa o tym, błagam cię, nie odbierajże mi tej zasługi, chcę go przedstawić i wprowadzić jako pierwszy! Prawda, że to oryginał?

— O, to dużo więcej niż oryginał — odparł Château-Renaud. — To jeden z najniezwyklejszych ludzi, jakich widziałem w życiu. Idziesz pan ze mną, kapitanie?