Gdyby w pokoju nie było ciemno, Albert mógłby dostrzec, jak policzki hrabiego powlekły się bladością i jak przez jego pierś i ramiona przebiegł nerwowy dreszcz.

Nastała chwila milczenia, w czasie której Monte Christo nie odrywał oczu od portretu.

— Piękną masz kochankę, wicehrabio — odezwał się Monte Christo całkowicie spokojnym głosem — a w tym kostiumie, z pewnością balowym, bardzo jej do twarzy, wygląda zachwycająco.

— O, panie hrabio! — rzekł Albert — to omyłka, której nie darowałbym panu, nawet gdyby obok portretu wisiał inny. Nie znasz pan mojej matki, to ją pan tu widzisz; kazała się tak namalować przed ośmiu laty. To kostium fantazyjny, jak się zdaje, a podobieństwo jest tak wielkie, że wydaje mi się, jakbym widział matkę taką, jaka była w 1830. Kazała zrobić ten portret w czasie nieobecności ojca. Chciała zapewne sprawić mu miłą niespodziankę, dziwne, ale portret nie spodobał się ojcu i mimo wartości artystycznej wizerunku, który, jak pan widzisz, należy do najlepszych dzieł Roberta, nie mógł pokonać w sobie tej antypatii. Mówiąc między nami, kochany hrabio, mój ojciec, który jako par przesiaduje w Pałacu Luksemburskim, wybitny teoretyk strategii — jako znawca sztuki jest naprawdę mierny; nie tak jak matka, która sama nieźle maluje. Zbyt sobie ceniąc takie dzieło, by się z nim całkiem rozstawać, dała je mnie. Tutaj już nie razi tak ojca, którego portret pędzla Grosa też panu pokażę. Proszę mi wybaczyć, że mówię panu o tak rodzinnych sprawach, ale będę miał zaszczyt przedstawić panu mojego ojca; proszę, by przypadkiem nie pochwalił pan przed nim tego portretu. A zresztą i na matkę wywiera on przykry wpływ; bo ile razy matka przyjdzie do mnie, niemal zawsze idzie na niego popatrzeć, a gdy na niego patrzy, rzadko się zdarza, by nie płakała. Ten portret sprowadził na nasz dom jedyną jak do tej pory chmurę, która dzieli rodziców, bo choć pobrali się przed ponad dwudziestu laty, żyją ze sobą tak, jakby to był ich miodowy miesiąc.

Monte Christo rzucił szybkie spojrzenie na Alberta jakby chciał doszukać się w jego słowach ukrytej myśli; widać jednak było, że młodzieniec wyrzekł je w zupełnej prostocie ducha.

— Teraz — rzekł Albert — widział już pan wszystkie moje bogactwa; choć niegodne ciebie, racz czuć się wśród nich jak we własnym domu, a żebyś mógł się tu czuć jeszcze swobodniej, zapraszam cię do ojca, któremu pisałem z Rzymu o przysłudze, jaką mi pan oddałeś i zapowiedziałem, żeś mnie przyrzekł odwiedzić w Paryżu. Powiem więcej: rodzice moi czekają z niecierpliwością, aby im wolno było panu podziękować. Wprawdzie nic nie ma już dla pana uroku nowości, hrabio, i życie rodzinne nie może stanowić wielkiej atrakcji dla Sindbada Żeglarza: widział pan tyle ciekawszych rzeczy! A jednak proszę się zgodzić, bym w charakterze inicjacji w życie paryskie zaczął od wzajemnych uprzejmości, wizyt i prezentacji.

Monte Christo skłonił się, nie rzekłszy ni słowa. Przyjął propozycję bez zapału, ale nie okazywał niechęci — jak człowiek wychowany, który uważa za swoją powinność towarzyskie konwenanse.

Albert zawołał lokaja i kazał mu uprzedzić hrabiostwo de Morcerf, że wkrótce pojawi się u nich hrabia Monte Christo.

Natychmiast też razem z hrabią udali się za lokajem.

W przedpokoju, nad wejściem do salonu, widniał kartusz z herbem; bogato zdobiony, harmonizujący z ornamentami na ścianach wskazywał, ile wagi właściciel pałacu przypisywał swemu klejnotowi.