Albert wprowadził gościa do salonu.
Salon ten był niemal wytapetowany dziełami współczesnych malarzy.
Były tu krajobrazy Duprégo — wysokie trzciny, wysmukłe drzewa, ryczące krowy, cudowne niebo; byli arabscy jeźdźcy pana Delacroix, w długich białych burnusach, w błyszczących pasach, z damasceńską bronią; konie gryzły się tu z wściekłością, ludzie mordowali się żelazem; były akwarele Boulangera, a na nich Notre-Dame, przedstawiona z plastycznością, dzięki której malarz idzie o lepsze z poetą; i jeszcze płótna Diaza, na których kwiaty namalowane są piękniejsze od kwiatów prawdziwych, a słońce błyszczy świetniej niż słońce; rysunki Decampsa równie barwne, jak Salvatora Rosy, tylko bardziej poetyczne; szkice wyrwane z albumu Dauzatsa — powstały podczas podróży na Wschód, a rysował je w kilka chwil z wysokości grzbietu wielbłąda lub pod kopułą meczetu.
Krótko mówiąc, było tu wszystko, czym sztuka współczesna może nam zastąpić i wynagrodzić sztukę dawnych wieków, minioną lub utraconą.
Albert spodziewał się przynajmniej tym razem, że pokaże hrabiemu coś nowego; lecz ku jego wielkiemu zdziwieniu, hrabia nie potrzebował szukać podpisów pod obrazami, które czasem oznaczone były tylko inicjałami — przypisywał obrazom natychmiast, od pierwszego wejrzenia, nazwisko autora; widać było, że nie tylko znał te nazwiska, ale i przestudiował umiejętności poszczególnych twórców.
Z salonu przeszli do sypialni. Pokój ten przedstawiał wzór surowej wytworności. Wisiał tam portret w ramie z matowego złota, jeden tylko, ale za to z podpisem Leopolda Roberta.
Portret ten natychmiast przyciągnął uwagę hrabiego Monte Christo; wszedłszy do pokoju, na jego widok stanął jak wryty.
Portret przedstawiał dwudziestopięcioletnią kobietę, o smagłej cerze, ognistym wejrzeniu, ocienionym ciężką powieką.
Nosiła malowniczy strój katalońskiej rybaczki: czerwony gorsecik z czarnym przybraniem i złote szpilki we włosach.
Spoglądała na morze, a jej wytworna sylwetka odcinała się od podwójnego lazurowego tła fal i nieba.