Monte Christo, odwróciwszy się żywo, ujrzał panią de Morcerf: stała przy wejściu naprzeciwko drzwi, przez które wszedł jej mąż; gdy Monte Christo zwrócił się do niej, nieruchoma i blada opuściła bezwładnie rękę, którą — nie wiadomo dlaczego — oparła się była o złoconą framugę; była tam już od kilku chwil, słuchając ostatnich słów gościa.

Hrabia powstał i ukłonił się głęboko hrabinie, ta zaś w milczeniu oddała mu ceremonialny ukłon.

— Na Boga, cóż ci jest, pani? — spytał hrabia. — Czy zaszkodziło ci gorąco w salonie?

— Mamo, czy ci słabo? — wykrzyknął Albert, podbiegając do Mercedes.

Podziękowała im uśmiechem.

— Bynajmniej — rzekła. — Wzruszyłam się na widok pana hrabiego — przecież gdyby nie jego interwencja, bylibyśmy teraz we łzach i w żałobie. Panie hrabio — mówiła hrabina, podchodząc z majestatem królowej — winnam ci życie mojego syna i za to dobrodziejstwo błogosławię pana. I dziękuję panu, że ofiarował mi pan okazję, bym panu podziękowała, a czynię to tak, jak pana błogosławiłam — z głębi mojej duszy.

Hrabia skłonił się ponownie, jeszcze głębiej; twarz jego była jeszcze bledsza niż lica Mercedes.

— Pani — rzekł — wynagradzacie mnie państwo zbyt hojnie za czyn tak skromny. Ocalić syna, zaoszczędzić cierpień ojcu i matce, to nie jest dobry czyn, to po prostu czyn ludzki.

Na te słowa, wymówione z wyszukaną łagodnością i uprzejmością, pani de Morcerf odpowiedziała z prawdziwym wzruszeniem:

— To zaiste szczęście dla mojego syna, że znalazł w panu przyjaciela, składam dzięki Bogu za taki zbieg okoliczności.