I Mercedes podniosła piękne oczy ku niebu, z wyrazem tak nieskończonej wdzięczności, że wydało się hrabiemu, jakby zabłysły w nich łzy.
Pan de Morcerf zbliżył się do niej.
— Żono — rzekł — przepraszałem już hrabiego, że muszę go opuścić, zechciej go przeprosić raz jeszcze; sesja otwarła się o drugiej, już jest trzecia, a ja mam przemawiać.
— Idź, mój drogi, a ja postaram się, by nasz gość nie odczuł twojej nieobecności — rzekła hrabina równie wzruszonym co poprzednio głosem. — Panie hrabio — zwróciła się do Monte Christa — raczysz nam wyświadczyć tę łaskę i spędzić resztę dnia u nas?
— Dziękuję pani, chociaż proszę mi wierzyć, że jestem niezmiernie wdzięczny za zaproszenie, ale właśnie dziś rano wysiadłem u drzwi państwa z powozu podróżnego. Nie wiem jeszcze, jak mnie urządzono w Paryżu; wiem zaledwie, i to mniej więcej, gdzie mieszkam. To wprawdzie mała niedogodność, ale jednak nie najbłahsza.
— Zachowujemy więc sobie tę przyjemność na inny raz, przyrzeka pan? — odpowiedziała hrabina.
Monte Christo skłonił się w milczeniu, a ukłon ten mógł ujść za zgodę.
— Nie zatrzymuję więc pana — rzekła hrabina — bo nie chciałabym, aby moja wdzięczność stała się natrętna lub nietaktowna.
— Panie hrabio — odezwał się Albert — jeśli pozwolisz, chciałbym ci się w Paryżu zrewanżować za pańską uprzejmość w Rzymie i oddać ci na usługi mój powóz, póki nie będziesz miał pan własnych.
— Dziękuję stokrotnie, panie Albercie — rzekł Monte Christo. — Spodziewam się jednak, że Bertuccio wykorzystał należycie te cztery i pół godziny, jakie mu zostawiłem, i że w bramie zastanę już mój własny powóz.