— I cóż on na to odpowiedział?
— Że w rzeczy samej zawinił wobec pana w okolicznościach, o których nic mi nie rzekł; i dodał, że ktokolwiek posiada zaufanie armatora, może być pewnym i jego zaufania.
— Obłudnik! — mruknął do siebie Danglars.
— Biedny chłopak — rzekł Caderousse. — To fakt, jest bardzo zacnym chłopcem.
— Tak, ale tymczasem — dodał pan Morrel — „Faraon” został bez kapitana.
— Och — ozwał się Danglars. — Trzeba mieć nadzieję, że nim będziemy mogli odpłynąć, to jest nim upłyną trzy miesiące, Dantès będzie już wolny.
— Bez wątpienia, ale co zrobić przez ten czas?
— Przez ten czas jestem do usług pańskich, panie Morrel — rzekł Danglars. — Wiesz pan przecież, że na dowodzeniu statkiem znam się tak przynajmniej jak pierwszy z brzegu kapitan. Powierzając mi to miejsce, będziesz miał pan tę korzyść, że jak Dantès wyjdzie z więzienia, nie będziesz pan potrzebował nikogo zwalniać, on obejmie swoje miejsce, a ja wrócę do własnego.
— Dziękuję! — rzekł armator. — Oto dobra rada. Obejmij więc zaraz dowództwo, masz na to moje upoważnienie i dopilnuj wyładunku, bo niezależnie od nieszczęść, jakie mogą na nas spaść, nasze interesy nie powinny na tym tracić.
— Bądź pan spokojny... ale czy można by się przynajmniej zobaczyć z naszym biednym Edmundem?