— Dam ci o tym znać. Będę się starał widzieć z panem de Villefort i ująć się przed nim za Dantèsem. Wiem wprawdzie, że to zapalony rojalista, ale, u diabła, rojalista, choćby był prokuratorem królewskim, jest też przecież człowiekiem, a pan de Villefort nie wydaje mi się najgorszy.

— Tak, zapewne — rzekł Danglars — ale mówią o nim, że ambitny bardzo, a to prawie na jedno wychodzi.

— Zresztą zobaczymy — dodał Morrel z westchnieniem. — Idź pan na statek, zaraz sam tam przyjdę.

I udał się w stronę gmachu sądowego.

— Widzisz — rzekł Danglars do Caderousse’a — jaki obrót biorą rzeczy, masz jeszcze ochotę stawać po stronie Dantèsa?

— Naturalnie, że nie; ale to okropne, aby żart mógł mieć tak straszne następstwa.

— Do pioruna, któż go spłatał? Ani ja, ani ty, nieprawdaż, tylko Fernand. Wiesz dobrze, że ja rzuciłem papier ten w kąt, zdaje mi się nawet, żem go podarł.

— O nie, nie, ręczę ci za to — rzekł Caderousse. — Co do tego, jestem pewny, jakbym go widział w tej chwili, leży w kącie zmięty, zgnieciony; ależ bym chciał, żeby leżał jeszcze tam, gdzie go widzę.

— Cóż począć? Fernand musiał go wziąć, przepisał lub kazał przepisać, może nawet nie chciało mu się tego uczynić. Ach, mój Boże! Jak pomyślę, że może posłał kartkę napisaną przeze mnie! Szczęście, żem zmienił charakter pisma.

— Ale wiedziałeś, że Dantès należał do spisku?