— Przyznam się, że nie mam o nim sprecyzowanego zdania; sądzę, że jest Maltańczykiem.

— Nie pytam o jego pochodzenie, pytam o to, jaki jest.

— A, to zupełnie inna rzecz. Widziałem w nim tyle dziwnych cech, że skoro mam ci, mamo, powiedzieć, co o tym myślę, wyznam, że uważałbym go chętnie za jednego z bohaterów Byrona, którego nieszczęście napiętnowało swoim fatalnym znamieniem; jakiś Manfred, Lara albo Werner; jeden z tych potomków starożytnego rodu, którzy wyzuci z ojcowskiego spadku, znajdują sobie własną fortunę siłą swego awanturniczego geniuszu, który stawia ich ponad prawami społeczeństwa.

— Co mówisz?

— Po prostu: Monte Christo to wysepka na Morzu Śródziemnym; bezludna, bez załogi wojskowej, jest bezpieczną kryjówką dla przemytników i piratów wszystkich narodowości i ze wszystkich możliwych krajów. Kto wie, czy zacni przedsiębiorcy nie płacą swemu władcy haraczu za prawo azylu?

— To możliwe — rzekła hrabina w roztargnieniu.

— Mniejsza o to. Kimkolwiek jest, przemytnikiem czy nie, przyznasz wszak, kochana mamo, boś go już widziała, że hrabia de Monte Christo jest człowiekiem niezwykłym i zrobi karierę w salonach paryskich. O właśnie, już dziś rano, u mnie, stawiając pierwsze kroki w świecie, wprawił w zdumienie wszystkich, nawet takiego Château-Renauda.

— Ile też może mieć lat? — spytała Mercedes, przywiązując wyraźnie wielką wagę do tego pytania.

— Trzydzieści pięć do trzydziestu sześciu.

— Taki młody! To niemożliwe — szepnęła Mercedes, odpowiadając jednocześnie na to, co powiedział Albert, i na to, co nasuwały jej myśli.