— A tak właściwie, co to za nazwisko, Monte Christo? — zagadnęła hrabina, gdy służący wyszedł, zabierając ostatni wazon. — Czy to nazwisko rodowe, pochodzące od majątku, czy po prostu przydomek?

— To musi być przydomek i nic więcej. Hrabia kupił wyspę w Archipelagu Toskańskim, a z tego, co mówił dziś rano, wynika, że ufundował komandorię. Wiesz, że tak się teraz robi: we Florencji można kupić komandorię Świętego Szczepana, w Parmie Świętego Jerzego, w podobny sposób można zostać kawalerem maltańskim. Zresztą nie ma on wcale pretensji do znakomitego rodu i sam się nazywa hrabią z przypadku, chociaż w Rzymie uważa się go za prawdziwego wielkiego pana.

— Jego maniery są zachwycające — rzekła hrabina. — Sądząc przynajmniej z tego, co mogłam spostrzec przez tych kilka chwil, które u nas zabawił.

— O, tak, mamo, wśród ludzi, których znam, a pochodzących z najwytworniejszej szlachty w Europie, to znaczy francuskiej, hiszpańskiej i niemieckiej, jego dystynkcja nie ma sobie równej.

Hrabina zastanawiała się przez chwilę i po krótkim wahaniu podjęła:

— Widziałeś, kochany Albercie... chcę cię o to zapytać jako matka, rozumiesz? Widziałeś hrabiego de Monte Christo w jego własnym domu; jesteś inteligentny, obyty, masz więcej intuicji niż twoi rówieśnicy; sądzisz, że hrabia jest rzeczywiście tym, na kogo wygląda?

— A na kogóż on wygląda?

— Sam mówiłeś przed chwilą, że na prawdziwego magnata.

— Mówiłem, mamo, że go za takiego uważają.

— Ale co ty o tym myślisz, Albercie?