— Oho! — zatrzymał się nagle Monte Christo. — A cóż to za okropne wyrzekłeś słowo! Diabeł nie człowiek! Niepoprawny Korsykanin, nic, tylko tajemnice i zabobony! No, dalej, weź pan latarnię i przejdźmy się po ogrodzie. Ze mną nie będziesz się chyba bał!
Bertuccio podniósł latarnię i usłuchał.
Za otwartymi drzwiami ukazało się sine niebo, gdzie księżyc na próżno próbował walczyć z istnym morzem chmur, które zakrywały go ciemnymi falami. Rozświetlał je na chwilę, a potem ginęły jeszcze ciemniejsze w otchłaniach nieskończoności.
Intendent chciał zwrócić się na lewo.
— Nie, mój panie — rzekł Monte Christo. — Po co mamy wchodzić na alejki? Mamy przed sobą tak piękny trawnik, idźmy prosto.
Bertuccio otarł pot spływający mu z czoła, ale posłuchał, a mimo to nadal próbował kierować się w lewo.
Monte Christo przeciwnie, szedł cały czas w prawą stronę i zatrzymał się pod kępą drzew. Intendent nie wytrzymał.
— Panie hrabio, proszę stamtąd odejść, błagam! — zawołał. — Jest pan dokładnie w tym miejscu!
— W jakim miejscu?
— W miejscu, gdzie on upadł.