— Mogę więc bez obawy, że znudzę pana hrabiego...
— Mów, panie Bertuccio, proszę bardzo, zastąpisz mi dziennik wieczorny.
— Rzecz sięga roku 1815.
— Oho ho! Rok 1815 to rzeczywiście dawno temu.
— A jednak wszystkie najdrobniejsze szczegóły tak mi się wyryły w pamięci, jakby to wszystko stało się wczoraj.
Miałem starszego brata, który służył w wojsku za cesarza. Był porucznikiem w pułku złożonym z samych Korsykaninów. Był moim jedynym przyjacielem; zostaliśmy sierotami, gdy ja miałem lat pięć, a on osiemnaście; wychowywał mnie jak własnego syna. W 1814 roku, za Burbonów, ożenił się. Gdy cesarz powrócił z Elby, brat poszedł znów do wojska; raniony lekko pod Waterloo wycofał się z armią za Loarę.
— Ależ pan mi opowiada historię Stu Dni, panie Bertuccio — rzekł hrabia — jeśli się nie mylę, już ją napisano.
— Przepraszam jaśnie panie, ale te wstępne szczegóły są konieczne, a pan hrabia obiecał mi słuchać cierpliwie.
— No, dobrze, dobrze, obiecałem, to dotrzymam.
— Pewnego dnia odebraliśmy list. A trzeba panu hrabiemu wiedzieć, żeśmy mieszkali w wiosce Rogliano na krańcu Przylądka Korsykańskiego; był to list od brata; donosił nam, że armia została rozpuszczona i że wraca przez Châteauroux, Clermont-Ferrand, Puy i Nîmes; i prosił, gdybym miał trochę pieniędzy, bym mu je przesłał do Nîmes, do znajomego nam oberżysty, z którym utrzymywałem stosunki.