Człowiek w pelerynie szedł prosto na mnie; ale w miarę jak się zbliżał po trawniku, wydało mi się, że w prawej ręce trzyma broń; przeląkłem się — nie walki, ale aby mój zamiar nie spełzł na niczym.

Kiedy był już tylko o parę kroków ode mnie, zrozumiałem, że broń była ni mniej, ni więcej, jak łopatą.

Gdy zastanawiałem się na próżno, po co mu była łopata, pan de Villefort zatrzymał się na skraju kępy drzew, rozejrzał się wokół i zaczął kopać dół. Dopiero wtedy zauważyłem, że chował coś pod peleryną, bo właśnie położył ową rzecz na murawie, aby mieć swobodę ruchów.

Przyznam się, że wtedy do przepełniającej mnie nienawiści wniknęło nieco ciekawości: chciałem zobaczyć, co właściwie robi pan de Villefort; stałem więc bez ruchu, wstrzymując oddech, i czekałem.

A potem zabłysła mi w głowie pewna myśl, a utwierdziłem się w niej, gdy ujrzałem, jak prokurator wyciąga spod peleryny kuferek na dwie stopy długi, a na jakie osiem cali szeroki.

Poczekałem, aż złoży kuferek w dole i przykryje ją ziemią; a potem udeptał ją jeszcze, by zatrzeć ślady swego dzieła.

Wówczas rzuciłem się na niego i zatopiłem mu w piersi nóż, mówiąc:

„Jestem Giovanni Bertuccio! Twoja śmierć za mojego brata, twój skarb dla wdowy po nim; i widzisz, moja zemsta jest pełniejsza, niż się spodziewałem”.

Nie wiem, czy słyszał te słowa; zapewne nie, bo upadł, nawet nie krzyknąwszy; poczułem jak strumień gorącej krwi trysnął mi na ręce i na twarz; ale byłem pijany, byłem w szale; ta krew rzeźwiła mnie, zamiast palić. Wziąłem łopatę i w mgnieniu oka odkopałem kuferek; a potem, by nie spostrzeżono, że go zabrałem, zasypałem jamę, wyrzuciłem łopatę przez mur, wybiegłem przez furtkę, zamknąłem ją na dwa spusty, a klucz zabrałem ze sobą.

— No, nieźle — rzekł Monte Christo. — Z tego, co widzę, było to drobne morderstwo powiększone o kradzież.