— Nie, panie hrabio — odpowiedział Bertuccio. — To była vendetta, połączona z odebraniem należności.
— A czy sumka była przynajmniej okrągła?
— Tam nie było pieniędzy.
— A prawda, przypominam sobie. Wspominałeś coś o dziecku.
— Właśnie, ekscelencjo. Pobiegłem nad rzekę, usiadłem na stromym brzegu, a że bardzo byłem ciekaw, co było w tym kuferku, podważyłem zamek nożem.
W cienkiej batystowej pieluszce leżał noworodek; purpurowa twarzyczka i sine rączki wskazywały, że umarło uduszone pępowiną, która owijała mu szyję; ale ponieważ jeszcze nie było całkiem zimne, zawahałem się, czy aby rzucić je do wody. Istotnie, po krótkiej chwili wydało mi się, że jego serduszko lekko bije; odwinąłem pępowinę z jego szyi, a ponieważ byłem w Bastii pielęgniarzem w szpitalu, zrobiłem więc wszystko, co mógłby w podobnych okolicznościach zrobić lekarz: użyłem sztucznego oddychania i po kwadransie największych wysiłków ujrzałem, że oddycha, i usłyszałem, jak zakrzyczało.
Ja także wydałem okrzyk — ale z radości.
A więc Bóg — powiedziałem sobie — nie przeklął mnie, skoro pozwolił mi ocalić życie istocie ludzkiej, w zamian za życie, którem zniszczył!
— I cóżeś zrobił z tym dzieckiem? — spytał Monte Christo. — Bo to przecież dość niewygodny bagaż dla człowieka, który musi uciekać.
— Toteż ani przez chwilę nie myślałem, by je zatrzymać. Wiedziałem, że jest w Paryżu przytułek, gdzie przyjmują takie biedactwa. Przechodząc przez rogatkę, oświadczyłem, że znalazłem dziecko przy drodze i zapytałem, gdzie jest przytułek. Kuferek świadczył, że mówię prawdę; batystowe pieluszki wskazywały, że rodzice byli bogaci; krew, którą byłem zbryzgany, mogła się wziąć z cucenia dziecka. Nie wypytywano mnie więc o nic i wskazano przytułek, który znajdował się na końcu ulicy d’Enfer. Nie zapomniałem jednak rozciąć pieluszki na pół, tak aby na każdej części była jedna z liter monogramu; położyłem mój ciężar na kole, zadzwoniłem i uciekłem co żywo.