Zapaliwszy świecę, pobiegł znowu na górę — i znowu słyszałem jego szybkie, niespokojne kroki.

Po chwili wrócił na dół. W ręku trzymał etui; upewnił się, czy brylant jest na swoim miejscu, zastanawiał się przez chwilę, w której kieszeni go schować; w końcu przekonał się, że żadna kieszeń nie jest bezpieczną kryjówką, zawinął go w swoją czerwoną chustkę i okręcił nią szyję.

Potem podbiegł do szafy, wyciągnął banknoty i złoto, złoto schował do kieszeni w spodniach, banknoty do kieszeni w kamizelce, chwycił parę koszul, po czym wypadł przez drzwi i zniknął w ciemnościach.

Wtedy dopiero wszystko stało się dla mnie jasne i zacząłem sobie czynić wyrzuty, jakbym sam był winowajcą. Zdawało mi się, że słyszę jęki; być może nieszczęsny jubiler jeszcze nie skonał; być może, udzielając mu pomocy, zdołam naprawić zło, które nie było moim dziełem, ale na które pozwoliłem. Naparłem ramionami na deski krzywo połączone, które dzieliły mój schowek od sali jadalnej; deski ustąpiły i znalazłem się w środku.

Pobiegłem po świecę i rzuciłem się na schody; drogę zagrodziło mi na nich ciało: był to trup Karkontki.

Wystrzał z pistoletu, który słyszałem, ugodził właśnie ją; kula przeszyła jej gardło na wskroś, krew buchała z obu ran i otwartych ust.

Była martwa.

Przestąpiłem ciało i poszedłem dalej.

W pokoju panował okropny nieład. Sprzęty były powywracane, pościel, której uczepił się nieszczęsny jubiler, walała się na podłodze: on sam leżał na ziemi z głową opartą o ścianę, skąpany w kałuży krwi, która ciekła z trzech dużych ran w piersi.

W czwartej ranie tkwił aż po rękojeść długi nóż kuchenny.