Nadepnąłem na drugi pistolet, który nie wystrzelił, gdyż zapewne zamókł proch.

Podszedłem do jubilera; jeszcze żył: na odgłos moich kroków, a zwłaszcza dlatego, że zadrżała podłoga, otworzył błędne oczy, zdołał spojrzeć na mnie i poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć, i skonał.

To wszystko było tak okropne, że niemal postradałem zmysły; skoro już nie mogłem nikomu pomóc, odczuwałem jedną tylko potrzebę: uciekać.

Rzuciłem się na schody, wczepiając palce we włosy, rycząc z trwogi.

Na dole w jadalni było z pięciu czy sześciu celników i trzech żandarmów, wszyscy uzbrojeni.

Pochwycili mnie; nawet nie próbowałem się opierać, byłem zupełnie oszołomiony; chciałem coś powiedzieć, ale wybełkotałem tylko jakieś nieartykułowane dźwięki i ot, wszystko.

Widziałem, że celnicy i żandarmi wskazywali mnie palcami, popatrzyłem po sobie byłem cały pokryty krwią. Ten ciepły deszcz, który padał na mnie przez szpary w podłodze, to była krew Karkontki.

Pokazałem palcem miejsce, gdzie byłem ukryty.

„Co on chce powiedzieć?” — zapytał żandarm.

Jeden z celników poszedł zobaczyć.