„Chce powiedzieć, że tamtędy wszedł” — odparł i wskazał dziurę, przez którą rzeczywiście przechodziłem.
Wtedy zrozumiałem, że biorą mnie za mordercę. Odzyskałem głos i siły; wyrwałem się ludziom, co mnie trzymali i krzyknąłem:
„To nie ja! To nie ja!”.
Dwóch żandarmów wymierzyło we mnie karabiny.
„Jeśli się ruszysz — rzekli — zginiesz”.
„Ale — krzyknąłem — przecież mówię, że to nie ja!”.
„Opowiesz tę swoją bajeczkę sędziom w Nîmes — odparli. — A teraz idziesz z nami; możemy ci udzielić rady: nie stawiaj oporu”.
Nie miałem nawet zamiaru, obezwładniało mnie osłupienie i strach. Założyli mi kajdany i zaprowadzono na sznurze za koniem do Nîmes.
Po prostu — śledził mnie jakiś celnik; stracił mnie z oczu niedaleko karczmy, domyślił się, że spędzę tam noc; pobiegł po kolegów i wszyscy dotarli na miejsce akurat w chwili, gdy padł strzał z pistoletu; schwytali mnie w tak obciążających dla mnie okolicznościach, że zrozumiałem od razu, jak trudno będzie mi udowodnić, że jestem niewinny.
I dlatego uczepiłem się jednej rzeczy: błagałem sędziego śledczego, aby szukano wszędzie niejakiego księdza Busoniego, który w tym dniu zatrzymywał się w karczmie Pont-du-Gard.